niedziela, 10 listopada 2013

Prolog

Jesień w Polsce często nazywana jest złotą. O irinio! Ciężko jest przyrównać tę porę roku w tym kraju do tak pięknego i szlachetnego kruszcu. Ludziom jesień w większości przypadków kojarzy się z ciepłym, suchym powietrzem i różnokolorowymi liśćmi, cóż za błąd! Tak naprawdę ten okres czasu to nic innego jak mroźny wiatr, ciągłe ulewy, krótkie dni i depresyjny brak słońca.

Tamten pamiętny dzień właśnie taki był: ponury, ciemny, niemalże upiorny. Deszcz spadał z nieba ciężkimi kroplami rozmazując krajobraz. Ludzie, którzy odważyli się wyjść na zewnątrz, owiajali się płaszczami najszelniej jak się dało, a nie znośny wiatr wciąż wykrzywiał im parasole.

Łukasz Kowalewski był wdzięczny losowi, że mógł siedzieć w swoim miękkim fotelu, w biurze, a od zewnętrznego świata odgradzała go nieprzepuszczalna dla dźwięków szyba. Z całego serca nienawidził takiej pogody, szczególnie w tamtym okresie, gdy jego sercem władały przygnębiające uczucia. Nastrój panujący za oknem niestety je wzmagał, a to nie pozwalało mu się na niczym skupić. Nie mógł sobie jednak pozwolić na choćby chwilę zawahania, dlatego nieustannie pracował nie zważając na żadne przeciwności.

Miał zaledwie dwadzieścia jeden lat, a sprawował władzę nad jedną z największych korporacji w kraju. Odziedziczył ją po ojcu, ale nie było to tak łątwe jak się mogło zdawać, jego rodziciel szczerze go nienawidził i nie ufał mu w żadnym stopniu. Zapewne jedynym powodem, dla którego to właśnie Łukaszowi przypadła firma było to, że stary Kowalewski nie miał innego potomka. Jego syn jednak starał się jak tylko mógł, nie dlatego, że firma przynosiła mu ogromne pieniądze, w ogóle o to nie dbał, chodziło raczej o własną satysfakcję. Całe dzieciństwo poświęcił na naukę przedsiębiorczości i ekonomii więc nie miał zamiaru odpuścić. W tamtym momencie firma była jedynym, co posiadał.

Młody mężczyzna przyłapał się na tym, że bezsensownie wpatruje się w wolno podróżującą po oknie, kroplę deszczu. Otrząsnął się i zaczął czytac kolejną stronę dokumentu, by po chwili złożyć na niej subtelny podpis. Odetchnął głęboko i delikatnie odłożył pióro na blat biurka, po czym z wielką niechęcią podniósł się z wygodnego siedzenia i ruszył w stronę drzwi przy okazji zdejmując z wieszaka czarny płaszcz.

- Już szef wychodzi? – Na schodach zaczepiła go jedna z pracownic o niespotykanie dużych ustach. Łukasz skinął głową i postarał się odwzajemnić jej uśmiech, co najprawdopodbniej nie wyszło mu zbyt dobrze i było co najmniej komiczne.

- Mam jeszcze kilka spraw do załatwienia. – Unikając dalszych pytań i niepotrzebnych rozmów wyminął podwładną i wszedł do głównego pomieszczenia firmy. Tutaj na przekór wszystkiemu czuło się wiosnę. Kobiety w kolorowych ubraniach dyskutowały o czymś, żywo przy tym gestykulując, a panowie wyglądający jak Cejrowski, który uciekł z buszu towarzyszli w rozmowach płci pięknej. Wszyscy rozsiedli się na wygodnych niebieskich oraz zielonych pufach i popijali gorące napoje. Znacząco nieliczna części personelu zajmowała małe, okrągłe stoliczki, na których umieszczone były laptopy, i wystukiwała rytmicznie na klawiaturach jakieś polecenia. Jednak, mimo że pracowali, na ich twarzach wciąż widniały uśmiechy.

Do takiej właśnie wizji korporacji dążył Łukasz i jak na razie udawało mu się to znakomicie. To właśnie dzięki takiemu działaniu najlepiej wykształcona kadra młodych ludzi starała się dostać u niego posadę, a zyski firmy wciąż pięły się ku górze o czym świadczył wykres umieszczony na ścianie. Krzywa giełdy wciąż rosła.
Młody następca firmy pożegnał się ze wszystkimi, po czym wolnym krokiem opuścił budynek. Gdy tylko wyszedł na zewnątrz zatęchłe powietrze niemal zwaliło go z nóg. Ukrył twarz w kołnierzu płaszcza i ruszył przed siebie narzucając sobie tempo niemal ekspresowe.

Miasto o tej godzinie nie było bezpieczne, a pogoda wcale nie poprawiała tego wrażenia. Ulice były oświetlane przez światło latarni, lecz nie był to dobry blask, a wręcz przecienie, przyprawiał on człowieka o zimne dreszcze. Z każdej możliwej strony, na przypadkowych przechodniów, spozierały czarne cienie jakby chcące wciągnąć niewinną duszę w nieznaną otchłań. Pojedyncze zaułki sprawiały wrażenie zgniłozielonych tuneli, w których nie mogło czaić się nic innego poza śmiercią.

To zdecydowanie nie bylo dobre wrażenie. Łukasz nienawidził miasta, nienawidził uczucia strachu, bezsilności i samotności, które można by nazwać synonimami słowa ‘miasto’. Jedyne czego chciał to jak najszybciej znaleźć się w domu i położyć do wanny z gorącą wodą. Jednak jego zamiary zniweczył dźwięk, który posłyszał z jednej z bocznych uliczek. Cichy odgłos przypominający szloch dziecka; pełen rozpaczy i bólu. Młody mężczyzna zawahał się i zawiesił wzrok na spozierającej na niego ciemności. I już, już miał odejść, gdy ponownie usłyszał ten sam głos, niemalże wołający o pomoc.

Wiedział czym grozi łażenie po obcych uliczkach o tej godzinie, ale zdawał sobie sprawę, że być może ktoś właśnie wtedy cierpiał i potrzebował kogoś kto byłby w stanie mu pomóc. Jeśli Łukasz wtedy by odszedł być może ta osoba nigdy już nie zobaczyłaby słońca. Dlatego też zdeterminowany, szybkim krokiem przemierzył ciemny zaułek niespokojnie rozglądając się na boki aż jego wzrok padł na małą, skuloną postać opartą o ścianę jednego z budynków. Bardzo po woli i ostrożnie podszedł do niej i przyklęknął, wciąż zachowując bezpieczną odległość.

- Cześć – odezwał się cicho, aby nie spłoszyć i nie wystraczyć postaci. Po krótkiej chwili, która zdawała się trwać wieczność poszkodowany uniósł twarz ku górze. To co zobaczył wtedy Łukasz całkowicie zahwiało jego przestrzeń. Spoglądała na niego twarz młodego chłopca, który mógł mieć co najwyżej siedemnaście lat. Był okropnie brudny, ale nawet pod warstwą osadu dało się zobaczyć ogromne, zapłakane, zielone oczy, które niemal hipnotyzowały. Dodatkowo zarówno z jego rozciętego policzka jak i wargi spływała strużka krwi. Widać było, że młodzieniec był okropnie przerażony, a jednak, przy tym wciąż nieziemsko piękny.

- Jak się nazywasz? – Po chwili milczenia Łukasz postanowił się odezwać. Nie rozumiał co się dzieje i kto mógł wyrządzić krzywdę tak pięknej, młodej istocie, ale wiedział tylko jedno. Musiał mu pomóc. Za wszelką cenę chciał go ochronić. To uczucie go przerażało, ale nie widział dla siebie drogi odwrotu.

- Nie wiem... – Spomiędzy popękanych, różowych warg wydobył się cichy, drżący, niemal dziewczęcy głos.

- Gdzie mieszkasz? – Mężczyzna nie poddawał się i starał dowiedzieć się czegokolwiek o poranionym, ten jednak znów odpowiedział mu:
- Nie wiem...

Łukasz pokiwał głową jakby ze zrezygnowaniem, po czym podniósł się i stanął wyprostowany. Wcyiągnął dłoń do młodzieńca i postarał się lekko uśmiechnąć.

- Zaopiekuję się tobą.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz