czwartek, 21 listopada 2013

Rozdział II

Rozdział II

*Flashback*

- Takanori, po prostu tego nie rozumiem. Chciałbym wiedzieć o co chodzi. Dlaczego jesteś wściekły na mnie od tygodnia, dlaczego w ogóle się nie odzywasz? Powiedz mi gdzie zrobiłem błąd, a postaram się go naprawić.

Wzrok Yukichiego był niemal błagalny, miał ochotę objąć chłopaka i nigdy go nie puszczać, nie zrobił tego, bo wiedział, że nie może. Nie chodziło już tylko o fobię, Takanori po prostu nie był dla niego, nie zależnie jak bardzo tego pragnął, nie mógł go mieć.

Młodszy jednak jeszcze tylko bardziej się rozpłakał, jego kolana zadrżały, aż w końcu ugięły się pod ciężarem bezwładnego ciała. Chłopak upadł na podłogę i nie próbował się nawet podnieść. Nie minęła chwila, a mężczyzna znalazł się przy nim. Drżącą dłonią dotknął jego mokrego policzka, delikatnie ocierając go z łez.

- Nigdy nie miałeś przede mną tajemnic. Dlaczego teraz je skrywasz? Błagam, powiedz mi. Nie mogę już wytrzymać obserwowania twojego smutku.

Delikatne dłonie zacisnęły się na koszuli starszego, a drobne ciało przylgnęło do niego. Takanori pierwszy raz był tak blisko. Na tyle blisko, że Yukichi mógł wyczuć bicie jego serca. W końcu młodszy odezwał się cichym, drżącym głosem:

- Wiem, że tak nie powinno być, że to nie może tak być, że nie mogę sobie na to pozwolić, ale Yukichi-san to się dzieje, czy też nawet już się stało... Ja... po prostu jestem tak koszmarnie zazdrosny... Nie zniosę, gdy jeszcze raz zobaczę jak inny facet cię dotyka, umrę jeśli jeszcze raz wrócić do domu z kimś innym. Chcę abyś był tylko mój.

~ * ~

Tsuki jako jedyna z zespołu lubiła jesień. Była to jej ulubiona pora roku. Dlaczego? Sama często zadawała sobie to pytanie. Nie była osobą ponurą, a przynajmniej starała się nią nie być i choć przeszłość często jej na to nie pozwalała, z całych sił pragnęła się uśmiechać. Na szczęście miała piątkę wspaniałych przyjaciół, którzy przy każdej możliwej okazji poprawiali jej humor.

Dziewczyna ślizgając się na mokrych płytach chodnikowych biegła na halę sportową, w której miał się spotkać zespół. Była spóźniona i przy tym niesamowicie zdenerwowana, zawsze to chłopcy dostawali kary od niej za przybywanie nie na czas, a teraz sama popełniła ten błąd. Wierzyła jednak, że stało się to nie z jej winy, po prostu idąc na miejsce spotkania zobaczyła na drzewie małego, białego kotka o przerażonych oczach. I co niby miała zrobić? Zostawić go tam? Nie lubiła co prawda tego rodzaju zwierząt, ale mimo wszystko potrzebowało ono pomocy. Dlatego z wielkim trudem wspięła się po gałęziach na górę i chciała pochwycić istotkę, ta jednak, gdy tylko ujrzała dziewczynę fuknęła cicho i przestraszona zgrabnie wróciła na dół.

Tsuki przez kolejne piętnaście minut po prostu siedziała na drzewie nie za bardzo wiedząc, co się właściwie stało, a przez następne kilkanaście złaziła z wysokości.

W końcu jakimś cudownym sposobem udało jej się dotrzeć pod salę gimnastyczną. Była zgrzana i zadyszana odczekała więc chwilę pod drzwiami, po czym weszła do środka. Przywitała się z opiekunami ośrodka sportowego i udała się do szatni, tam przebrała się niemal w tempie ekspresowym, przy okazji spostrzegając, że cała piątka przyjaciół już jest na miejscu, świadczyły o tym ich rzeczy, porozwalane w każdym możliwym miejscu.

Nagle do jej uszu zaczęły dobiegać dźwięki muzyki, uśmiechnęła się pod nosem i ruszyła na halę. Na chwilę przystanęła w drzwiach nie ujawniając swojej obecności i po prostu obserwując zachowanie przyjaciół.

Jeden z chłopców obecnych na sali biegał za trójką pozostałych, którzy wyraźnie naśmiewali się z czegoś. Najmłodszy z zespołu siedział na trybunach i ewidentnie kibicował uciekającym.

- Nie można was zostawić nawet na chwilkę, żebyście nie zaczęli odstawiać jakiejś szopki?!

Wszyscy jak jeden mąż spojrzeli na dziewczynę, która zgrabnie przemierzyła pomieszczenie i dotarła na jego środek.

- Jun-san oddaj Kaoru jego telefon, proszę. – Jedyny blondyn (oprócz Tsuki) zbliżył się do wcześniej goniącego go przyjaciela i złożył mu w dłonie urządzenie przy okazji szepcząc cicho.

- Jeszcze sobie pogadamy słodziaku.

- AISH! – Kaoru tupnął nogą niczym mała dziewczynka, co wywołało salwę śmiechu. – Jun-san! Czy ty zawsze musisz taki być?!

- Się wie. – Chłopak zasalutował koledze uśmiechając się szeroko.

Kolejny z nich, o imieniu Kazuma postanowił zmienić temat, co to by ich menedżer nie denerwowała się za bardzo.

- Tsuki-sama, co się stało, że się spóźniłaś? Raczej ci się to nie zdarza. Nie wiedział, że uderzył w słaby punkt i pytanie to tylko pogorszyło nastrój dziewczyny. Wcześniej modliła się w duchu, by nikt się tym nie zainteresował.

- Oh... miałam spotkanie biznesowe. – Tsuki opanowała sztukę kłamania niemalże do perfekcji. Nie zdarzało jej się to jednak często, a już na pewno nie przy tej piątce. Tym razem, bądź co bądź, sytuacja była krytyczna i musiała wykorzystać swój talent. – Dobrze, skoro już wszystko jasne i widzę, że zrobiliście sobie rozgrzewkę, w końcu takie grzeczne z was dzieci, zacznijmy! Polecimy ze wszystkim tak jak ma być na koncercie.

- MWO?! – Kazuma wybałuszył oczy. – Przecież koncert będzie trwał ponad godzinę!

- Do roboty, Rumuny! – Jak przystało na lidera Yukichi zgrabnie uciął wszelkie nieadekwatne komentarze i skierował się na środek sali, po czym z głośników wydobyła się odpowiednia muzyka, a obecni na sali panowie poczęli uderzać w pląsy.

~ * ~

Tsuki od dłuższego czasu zawzięcie tłumaczyła Junowi, że nie powinien zabierać Kaoru telefonu tylko po to, aby się pośmiać, że ma on na nim zdjęcia Rena z Nu’est, ale nie za dobrze jej to wychodziło.

Nagle, gdy była już bardzo zaangażowana w swój monolog, poczuła jak coś delikatnie ciągnie ją za rękaw bluzki. Obejrzała się zdezorientowana do tyłu i napotkała zielone oczy przyjaciela.

- Coś się stało Takanori?

- Noona, masz teraz jakieś spotkanie czy coś? – Po spojrzeniu i ułożeniu ust maknae było widać, iż stresuje się on czymś, dlatego też blondynka od razu zaprzeczyła.

- Nie maluchu, coś się stało?

- Nie chciałabyś przypadkiem zaprosić mnie na herbatę?

- Oh! Takanori! Przypomniało mi się coś! – Młodszy zrobił trochę smutną minkę, ale już miał się uśmiechnąć i powiedzieć, że w porządku, gdy Tsuki odezwała się ponownie. – Zapomniałam, że kupiłam ostatnio bardzo dobrą herbatę. Chciałbyś wpaść do mnie się napić?

Obydwoje roześmiali się głośno, tymczasem Tsuki odwróciła się, by ponownie wrócić do tłumaczenie zasad moralności Junowi, jednak on w tym czasie zdążył wyparować.
Dziewczyna westchnęła głęboko i złapała zielonookiego chłopca za rękę.

- Idziemy?

- Jasne.

Ruszyli przed siebie rozmawiając o najzwyklejszych rzeczach. To właśnie Takanori uwielbiał w Tsuki – i wzajemnie – mógł czuć się przy niej bardzo swobodnie. Była osobą bez której nie wyobrażał sobie życia. Gdy chował w swym sercu sprawy, o których bał się porozmawiać z Yukichim, albo o których po prostu rozmawiać z nim nie wypadało, to szedł właśnie do niej. A ona zawsze miała dla niego czas i zawsze była dla niego.

Po niezbyt długim spacerze dotarli do domu blondynki. I znów przed oczami Takanoriego zamajaczyła się mała willa. Tsuki nade wszystko wielbiła wygodę dlatego też jej dom był bardziej praktyczny i nowoczesny. W przeciwieństwie do jego własnego domu, który urządzony był w starym stylu i nie stawiał na pierwszym miejscu funkcjonalności lecz wygląd.

Ich kroki zaraz po przekroczeniu progu od razu skierowały się do kuchni, na stół został postawiony talerz ciastek, a w chwilę później dwa kubki parującej herbaty.
Tsuki zajęła miejsce na przeciwko swojego przyjaciela i wlepiła w niego swoje niebieskie oczy.

- No to, o czym chciałeś ze mną porozmawiać? – Maknae utkwił wzrok w wyjątkowo zachwycającej fakturze kubka, a na jego policzki wkradł się czerwony odcień. Dziewczyna zmarszczyła brwi zastanawiając się o co to tym razem może chodzić chłopcu.

- Bo widzisz... Ja... Nawet nie wiem jak mam się zabrać za powiedzenie tego...

- Od początku Taka-chan, od początku. – Tsuki posłała Takanoriemu pokrzepiający uśmiech.

- Bo wiesz, że od kilku tygodni moja fobia tak jakby zaczęła zanikać. – Makane spojrzał na przyjaciółkę, która kiwnęła głową na potwierdzenie. – No i widzisz... Wczoraj jak przyszedłem do domu to Yukichi mnie pocałował, tak normalnie, jak zawsze. Z tym, że zazwyczaj to nie było miłe uczucie, a wręcz przeciwnie, czułem się źle. A... a wczoraj to było... przyjemne? No i później, on... no wiesz... podszedł do mnie i... tak musnął mnie w kark, a potem jeszcze raz. I bałem się, że znowu stanie się to, co zawsze się dzieje gdy kto kolwiek mnie dotyka, ale tak nie było. Czułem takie miłe mrowienie i było mi tak ciepło... i...

- I dlaczego się zachowujesz jakbyś co najmniej dowiedział się, że jesteś w ciąży?! – Tsuki spojrzała na chłopaka z lekkim niedowierzaniem w oczach. – Powinieneś się cieszyć idioto! Powinieneś się rzucić na Yukichiego i czerpać teraz wszystko pełnymi garściami. Macie tyle czasu do nadrobienia!

- Niby tak... ale... – Głos maknae zadrżał, a jego oczy zrobiły się bardziej szkliste. – Ale boję się, że to wróci! Że znowu przyjdzie ten sam strach i... i co ja wtedy zrobię? Przyzwyczaję się do jego dotyku, a później będę znów musiał od tego odstąpić i znowu będę go ranił! – Z jego oczu wypłynęła jedna, duża łza, na co dziewczyna westchnęła cicho i podniosła się z krzesła, po czym kucnęła przed chłopakiem i oparła się dłońmi o jego kolana. Była bardzo blisko niego.

- Przeszkadza ci to? - Młodszy pokręcił głową tym samym zaprzeczając.

- Wiesz, że żadna fobia nie jest wieczna i jak się z nią walczy, to po prostu znika. Pamiętasz jak kilka mięsięcy temu, gdy chociaż delikatnie cię dotknęłam to dostawałam po twarzy?

- Nie przypominaj mi... – Dziewczyna uśmiechnęła się ciepło i poklepała chłopca po policzku.

- A zauważ co się dzieje teraz. Chodzimy po mieście trzymając się za dłonie, w szkole nie rzucasz się jak ktoś cię przypadkowo dotknie na wuefie, czy korytarzu.

- Ale to inny dotyk niż ten, który oferuje mi Yukichi! – Takanori wciąż trwał przy swoim. Jednak nie dlatego, że nie chciał aby jego fobia minęła. Co to, to nie! Jedyne czego chciał, to być pewnym, że już nigdy nie będzie się musiał bać, że wszystko będzie w porządku i jego hyung będzie mógł być z nim w pełni szczęśliwy.

- Nie chcesz aby Yukichi dotykał cię w taki sposób? – Dziewczyna badawczo przyjrzała się twarzy zielonookiego i wcale nie musiał jej odpowiadać by znała prawdę. Zdradzały go te urocze wypieki na policzkach.

- Ch...chcę...

- Powiedz mi, czy Yukichi kiedyś cię skrzywdził? Oczywiście pomijając pewne epizody z przeszłości, gdy byliście głupi i nie wiedzieliście, że jesteście dla siebie stworzeni. Czy kiedykolwiek sprawił ci ból?

- Nie. On... Zawsze mi pomaga. I robi wszystko, żeby było mi dobrze i żebym był szczęśliwy i bardzo o mnie dba i wszystko robi dla mnie.

- No właśnie. I to jest to Takanori! Więc nie bój się. Wiesz, że znam go od bardzo długiego czasu i powiem ci maluchu, że on nie jest osobą, która mogłaby kogokolwiek skrzywdzić.

Dziewczyna puściła przyjacielowi perskie oczko, po czym wróciła na swoje miejsce i zabrała się za picie herbaty.

- Ach... Powiedz mi, co myślisz o nowym układzie? – Tsuki zgrabnie zmieniła temat, nie chcąc już więcej męczyć chłopca. Wiedziała, że zrobi, co uzna za słuszne. Ona mogła go tylko naprowadzić na prawidłową ścieżkę.


W końcu od tego są przyjaciele, prawda? By być przy nas, gdy czujemy się źle. Nawet wtedy gdy powody naszego smutku są irracjonalne i nie zrozumiałe dla innych. Są po to, by mówić im o tym, o czym wstydzimy się chociażby wspomnieć przy kimś innym, by pomóc w trudnych chwilach i pomagać zwalczać lęki. Tym są właśnie przyjaciele. Osobami, które zawsze zrozumieją i bez względu na wszystko zawsze będą przy nas.

~

środa, 13 listopada 2013

Rozdział I

No więc ruszamy z rozdziałem pierwszym. Blog nie bije rekordów popularności, ale mam nadzieję, że to niedługo się zmieni i może znajdzie się nawet kilku komentatorów (Tsaaa... Łudź się dalej).
Opowiadanie na razie może wydawać się Wam bardzo zagmatwane, ale nic się nie bójcie nie długo wszystkiego się dowiecie. <3

~ * ~

Rozdział I
Dziesięć miesięcy później.

Kochany pamiętniczku! <3
Jestem popierdolony.


Młody chłopak o wyraziście zielonych oczach spojrzał na zeszyt leżący na szkolnej ławce, w którym wypisał te cztery piękne słowa, po czym gdy je przeczytał i dotarł do niego ich sens, czy też raczej jego brak, parsknął gromkim śmiechem.
Nagle na blacie zmaterializowały się dwie, zgrabne dłonie. Zlękniony spojrzał ku górze i ujrzał twarz nauczycielki wykrzywioną grymasem złości.

- Pan Takanori jak widać uważa, że wie już wszystko i nie musi mnie słuchać.
Nim chłopak zdążył się odezwać postać siedząca obok niego poderwała się do góry i stanęła na prostych nogach kłaniając się przed kobietą.

- Przepraszam pani profesor, to moja wina. – Dziewczyna spuściła wzrok i wbiła go w podręcznik od biologii spoczywający na ławce. Tym razem Takanori tego nie przeżyje, była pewna, że zabije go gdy tylko opuszczą klasę.

- Tsuki! – Syknął młodzieniec ciągnąc przyjaciółkę za niebieską bluzkę, ta jednak ani drgnęła tylko kontynuowała swoją wypowiedź łżąc tak, jak nikt inny nie potrafił.

- Byłam całkowicie nieskupiona na lekcji i zagadałam go, odciągając go tym samym do nauki. Bardzo przepraszam pani profesor. – Zielonooki chłopak miał ochotę walnąć głową o blat i zacząć rzewnie płakać, ale nauczycielka uwierzyła w jego niewinność, fuknęła cicho na blondynkę i nie mówiąc już nic, wróciła do omawiania tematu.

- Ty mały gnojku. – Tsuki odezwała się do chłopaka, gdy tylko na powrót usiadła. 

– Przysięgam ci, że rozewrę ci gardło, wypruję wnętrzności i rozrzucę je po całym szkolnym placu. Ty nierobie jeden! Ile razy mam ci powtarzać, żebyś się skupił na tym co robisz?! Rumunie ty wstrętny!

- To dlatego, że w ogóle mnie to nie interesuje! Na co mi się przydadzą ‘rośliny pierwotnie wodne’ na medycynie?!

- Przypominam ci, że aby dostać się na medycynę musisz przyzwoicie zdać maturę, a na niej na pewno pojawią się rośliny! I ani słowa więcej! Bierz się do nauki!
Takanori posłuchał przyjaciółki i skupił się na małych, czarnych literkach umieszczonych na slajdzie wyświetlanym na ścianie.

Reszta lekcji minęła w miarę szybko, choć niezbyt przyjemnie. Młodzieniec z całych sił starał się zrozumieć omawiany temat, choćby po to, by zaimponować Tsuki, ale za nic mu to nie wychodziło. Nie rozumiał ani słowa z omawianej lekcji, bo w głębi serca wcale nie chciał się na tym skupiać. To co kochał to: DNA, tkanki, organy, anatomia et cetera, ale na pewno nie rośliny! Jednak starał się z całych sił i nie miał zamiaru się poddawać. Nawet wtedy, gdy wyszedł z klasy i poczuł na swojej głowie mocne uderzenie, o wiele za mocne jak na drobną dłoń, która wykonała cios.

- Dlaczego?! – Takanori ruszył korytarzem masując swoją potylicę i cicho klnąc pod nosem.

- Dobrze wiesz dlaczego. Łukasz o wszystkim się dowie i osobiście dopilnuję, żeby cię zlał.

- Nie ma takiej opcji! Yukichi jest mi całkowicie oddany i nie wyrządzi mi krzywdy. – Zielonooki wypiął dumnie pierś do przodu i uśmiechnął się triumfalnie.
- Od kiedy się zeszliście stałeś się bardzo pewny siebie! Uważaj młody, żebyś się nie przejechał. – Takanori stanął jak wryty i spojrzał na blondynkę z wyrazem szoku w oczach.

- Co ty sugerujesz Tsuki?- Jego głos skoczył niemalże o całą oktawę wyżej przez co zabrzmiał zarazem histerycznie i zabawnie. Jego towarzyszka roześmiała się perliście i delikatnie chwyciła za dłoń, chłopak wzdrygnął się prawie nie zauważalnie  ale za chwilę odwzajemnił uścisk.

- Nie bój się Taka-chan. Żartuję przecież; nigdy nie pozwolę, aby moje dwa gołąbeczki się rozeszły. – Jej niebieskie oczy rozświetliła iskierka szczęścia.
- Jesteś nienormalna, naprawdę powinnaś dostać karę na yaoi.

- Ani mi się śni! – Tsuki posłała przyjacielowi ostrzegawcze spojrzenie i pociągnęła go w kierunku kolejnej sali. – Jeszcze tylko dwie lekcje. A jak myślisz, że znowu będę się za ciebie kajać przed nauczycielami to się grubo mylisz. Zdychaj w Mordorze niewdzięczniku jeden!

Obydwoje wybuchnęli głośnym śmiechem i pobiegli przed siebie tratując przy tym przypadkowe osoby.

~ * ~

- Do jutra mordo! Przygotuj się na trening i powiedz Yukichiemu, że jeśli się spóźni to osobiście przemebluję mu tę śliczną buźkę!

- Do jutra Tsuki! Też cię kocham!

Dwójka przyjaciół rozeszła się w swoje strony. Blondynka najprawdopodobniej cały dzień spędzi na śledzeniu notowań na giełdzie i wkuwaniu biologii. Brunet natomiast skupi się tylko na ostatnim, co niestety ostatnimi czasy wcale nie szło mu zbyt dobrze.

Zazwyczaj ich dni mijały właśnie w ten sposób, chodzili do szkoły, uczyli się, czy też w przypadku Takanoriego udawali, że się uczyli, wracali do domu, siedzieli w książkach, trzy razy w tygodniu spotykali się całym zespołem na treningach. Czego więcej ten młody chłopak mógł chcieć od życia?

Niczego.

I doskonale zdawał sobie z tego sprawę. Cieszył się z życia jakie dostał i dbał o nie z całej siły, pielęgnował przyjaźnie i swoją miłość. Nie chciał tego stracić za nic w świecie. Jakakolwiek była jego przeszłość, nie chciał do niej wracać.
Dlatego też wracał do domu cały w skowronkach. Mimo, iż mieszkał daleko od centrum wcale mu to nie przeszkadzało, bo wiedział, że w domu ktoś na niego czeka i że warto jest wracać. Nie minęło dużo czasu, do momentu gdy stanął przed czarną furtką, która dzieliła go od domu rozmiarów małej willi. Cóż, jego Yukichi zgromadził dość spore zasoby pieniężne i po prostu korzystał z tego, co mu się należało.

Takanori podbiegł do drzwi wejściowych i wszedł do domu krzycząc od progu:
- Tadaima!* - Zzuł ze stóp buty i zawiesił kurtkę na wieszaku, po czym ślizgając się na panelach wpadł do kuchni. Tam młody mężczyzna smażył coś na patelni odwrócony plecami do nowo przybyłego, który oparł się o framugę drzwi i uśmiechnął zadziornie.

- Jak zawsze pełen energii. – Gospodarz z gracją nałożył na talerz naleśnika i dopiero wtedy zielonooki chłopiec spojrzał na całkiem spory stosik parującego pożywienia. Jego brzuch odezwał się prawie jak na komendę. – I jak zawsze głodny! – Kucharz odwrócił się do chłopca z ciepłym uśmiechem na ustach i podszedł do niego po woli.

- Dobrze, że wróciłeś, stęskniłem się. – Starszy puścił Takanoriemu perskie oczko i musnął jego różowe wargi swoimi ustami. Pocałunek był delikatny niczym muśnięcie skrzydeł motyla, ale tyle musiało wystarczyć. – Umyj ręce i siadaj do stołu.

Młodszy posłusznie wykonał polecenie mężczyzny, a gdy tylko na stole pojawiło się ciepłe danie zaczął je pochłaniać napychając swoje usta sporymi porcjami.

- Tsuki nie pozwala ci jeść w szkole, że zawsze wracasz do domu taki nienajedzony?

- Nie to nie tak hyung! – Młodszy pokręcił głową między kolejnymi kęsami. – Po pierwsze w szkole nie mam czasu na jedzenie, a po drugie szybko wszystko spalam jak się uczę. (aut. Czego pokaz otrzymaliśmy na biologii)

- Taki z ciebie pilny uczeń? – Yukichi odezwał się z lekką ironią w głosie, na co jego przyjaciel zmarszczył brwi.

- Masz wątpliwości, hyung? – Mimo, iż Takanori chciał zachować powagę to w jego głosie dało się słyszeć nutkę zawodu. Każdego jego działanie wywodziło się z chęci wywołania dumy u młodego mężczyzny, który z gracją konsumował naleśniki, dlatego też słowa jak te, które usłyszał chwilę wcześniej raniły go. Starał się tego nie okazywać, ale nie zawsze było łatwo.

- Taka-chan, przecież wiesz, że nie wątpię w twoje zdolności. – Odezwał się w końcu starszy odkładając chwilowo widelec na bok. – Wręcz przeciwnie, uważam, że jesteś bardzo mądry i inteligenty i czasami ci tego zazdroszczę.

- Ale tylko czasami, hyung! – Chłopiec roześmiał się perliście, mrużąc przy tym oczy w bardzo uroczy sposób. – Myślę, że mój Yukichi jest bardzo zdolny!

- Oczywiście, że tak. – Starszy obojętnie wzruszył ramionami, po czym obydwoje zaśmiali się, a w chwilę później w ciszy powrócili do jedzenia. Takanori pochłonął swoją porcję w tempie ekspresowym i od razu wziął się za zmywanie naczyń po obiedzie. W pewnym momencie jego towarzysz stanął za nim i umieścił swój talerz w zlewie przy okazji składając delikatnego całusa na odkrytym karku chłopca. Ten zadrżał delikatnie i spojrzał z pewnym wyrzutem na winowajcę.

- Nie zrobię ci krzywdy. – Yukichi jeszcze raz musnął wargami delikatną skórę, sprawiając, że ręce Takanoriego zadrżały. Starszy jednak wycofał się w chwilę później z pogodnym uśmiechem na ustach. – Idę trochę popracować, będę w salonie.

Po tych słowach wyszedł z kuchni i udał się we wcześniej ustalone miejsce. Usiadł na kanapie i przez chwilę po prostu trwał w bezruchu wpatrując się w drobinkę kurzu, która osiadła na szklanym blacie stolika. Zastanawiał się czy nie poszedł o krok za daleko, czy nie zrobił czegoś, co Takanori mógł odebrać źle. Ale jak miał przyzwyczaić go do dotyku? Yukichi doskonale zdawał sobie sprawę, że jego chłopak boi się jakiejkolwiek bliskości z drugim człowiekiem. Było tak od kiedy znalazł go w ciemnym zaułku, pewnego listopadowego wieczoru. Jeszcze pół roku wcześniej chłopiec był przerażony, gdy ktoś w ogóle się do niego zbliżał. Jego fobia jednak uległa poprawie ostatnimi czasy, pozwalał innym na dotknięcie jego ciała, a Yukichiemu od czasu do czasu dał się pocałować. Jednak w jego sercu wciąż tkwił zalążek strachu, który sprawiał, że za każdym razem, gdy ktoś posunął się za daleko, Takanori wariował, w jego myślach materializowały się, jak on to określał „czarne, brudne, okropne obrazy”, zawsze wtedy zanosił się histerycznym płaczem i bardzo ciężko było go uspokoić.

Yukichi obiecał sobie, że mu pomoże, że zrobi wszystko, by jego ukochany wyleczył się z tego strachu, by kiedyś odczuwał przyjemność z bliskości pomiędzy nimi, jednak na razie ciężko było do tego dojść.

- No rzeczywiście hyung, pracujesz tak bardzo, że aż wcale. – Młodzieniec usiadł na kanapie i zaniósł się śmiechem, po chwili jego towarzysz dołączył do niego.

- Zamyśliłem się. – Yukichi delikatnie pogłaskał chłopaka po policzku, po czym uruchomił laptop, jak gdyby nigdy nic. Uważał, że najlepszym sposobem na wyleczenie chłopca jest po prostu oswojenie go z dotykiem i to robił za każdym razem. Pokazywał mu, że nie wyrządzi mu krzywdy, właśnie przez takie drobne gesty, w głębi duszy modląc się, aby to zadziałało. Wiedział, że nie otrzyma efektu od razu, ale na całe szczęście był cierpliwą osobą.

Młodszy przez dłuższą chwilę przyglądał się hyungowi, cały czas wiercąc się na kanapie i zmieniając pozycję. Co prawda miał się uczyć biologii, ale bardzo dziwnym trafem mu się odechciało i uznał, że obserwowanie Yukichiego w okularach na nosie, z tą cudownie skupioną twarzą jest o wiele ciekawsze.

W ten sposób minęło im jakieś pół godziny, aż w końcu Takanori nie wytrzymał i złapał swojego towarzysza za rękaw koszuli.

- Hyung... nudzi mi się! – Niemalże zawył z rozpaczy robiąc przy tym niesamowicie słodką minę. Złożył swoje różowe usteczka w delikatny dzióbek, a jego duże oczy wydawały być się jeszcze większe. Yukichi jednak nie dał się zwieść jego uroki i posłał mu pełne wyrzutów spojrzenie.

- A nie powinieneś się przypadkiem uczyć?

- Nie chce mi się. – Młodszy wydął swoją dolną wargę i delikatnie zbliżył się do mężczyzny opierając swoje czoło o jego ramię. Przez chwilę po prostu tak siedzieli, aż w końcu Yukichi wplątał palce swojej dłoni we włosy ukochanego uśmiechając się przy tym delikatnie. – Obejrzyjmy film!

Takanori oderwał się od mężczyzny i rzucił biegiem do półki, na której ustawiony był odtwarzacz DVD. Yukichi chciał się sprzeciwić, ale zaprzestał na samej chęci, po czym z cichym westchnieniem powiedział:

- Tylko niech to nie będzie jakiś tani film o zombie.

Młodszy zachichotał, po czym uruchomił jakąś płytę. Wrócił na kanapę przy okazji gasząc światło i zamykając laptop swojego towarzysza. Bardzo delikatnie przysunął się do mężczyzny i ponownie oparł głowę o jego ramię. Wkrótce na ekranie dużego telewizora zaczęły pojawiać się pierwsze sceny.

- Miało nie być zombie!

~
* Prawdziwe imię Yukichiego to Łukasz Kowalewski, którego poznaliśmy w prologu. Dalej w opowiadaniu raczej nie będzie ono używane, a dlaczego? Wszystkiego dowiecie się w swoim czasie! ^^
** Tadaima używa się w Japonii, możemy to tłumaczyć po prostu jako "wróciłem do domu".

niedziela, 10 listopada 2013

Prolog

Jesień w Polsce często nazywana jest złotą. O irinio! Ciężko jest przyrównać tę porę roku w tym kraju do tak pięknego i szlachetnego kruszcu. Ludziom jesień w większości przypadków kojarzy się z ciepłym, suchym powietrzem i różnokolorowymi liśćmi, cóż za błąd! Tak naprawdę ten okres czasu to nic innego jak mroźny wiatr, ciągłe ulewy, krótkie dni i depresyjny brak słońca.

Tamten pamiętny dzień właśnie taki był: ponury, ciemny, niemalże upiorny. Deszcz spadał z nieba ciężkimi kroplami rozmazując krajobraz. Ludzie, którzy odważyli się wyjść na zewnątrz, owiajali się płaszczami najszelniej jak się dało, a nie znośny wiatr wciąż wykrzywiał im parasole.

Łukasz Kowalewski był wdzięczny losowi, że mógł siedzieć w swoim miękkim fotelu, w biurze, a od zewnętrznego świata odgradzała go nieprzepuszczalna dla dźwięków szyba. Z całego serca nienawidził takiej pogody, szczególnie w tamtym okresie, gdy jego sercem władały przygnębiające uczucia. Nastrój panujący za oknem niestety je wzmagał, a to nie pozwalało mu się na niczym skupić. Nie mógł sobie jednak pozwolić na choćby chwilę zawahania, dlatego nieustannie pracował nie zważając na żadne przeciwności.

Miał zaledwie dwadzieścia jeden lat, a sprawował władzę nad jedną z największych korporacji w kraju. Odziedziczył ją po ojcu, ale nie było to tak łątwe jak się mogło zdawać, jego rodziciel szczerze go nienawidził i nie ufał mu w żadnym stopniu. Zapewne jedynym powodem, dla którego to właśnie Łukaszowi przypadła firma było to, że stary Kowalewski nie miał innego potomka. Jego syn jednak starał się jak tylko mógł, nie dlatego, że firma przynosiła mu ogromne pieniądze, w ogóle o to nie dbał, chodziło raczej o własną satysfakcję. Całe dzieciństwo poświęcił na naukę przedsiębiorczości i ekonomii więc nie miał zamiaru odpuścić. W tamtym momencie firma była jedynym, co posiadał.

Młody mężczyzna przyłapał się na tym, że bezsensownie wpatruje się w wolno podróżującą po oknie, kroplę deszczu. Otrząsnął się i zaczął czytac kolejną stronę dokumentu, by po chwili złożyć na niej subtelny podpis. Odetchnął głęboko i delikatnie odłożył pióro na blat biurka, po czym z wielką niechęcią podniósł się z wygodnego siedzenia i ruszył w stronę drzwi przy okazji zdejmując z wieszaka czarny płaszcz.

- Już szef wychodzi? – Na schodach zaczepiła go jedna z pracownic o niespotykanie dużych ustach. Łukasz skinął głową i postarał się odwzajemnić jej uśmiech, co najprawdopodbniej nie wyszło mu zbyt dobrze i było co najmniej komiczne.

- Mam jeszcze kilka spraw do załatwienia. – Unikając dalszych pytań i niepotrzebnych rozmów wyminął podwładną i wszedł do głównego pomieszczenia firmy. Tutaj na przekór wszystkiemu czuło się wiosnę. Kobiety w kolorowych ubraniach dyskutowały o czymś, żywo przy tym gestykulując, a panowie wyglądający jak Cejrowski, który uciekł z buszu towarzyszli w rozmowach płci pięknej. Wszyscy rozsiedli się na wygodnych niebieskich oraz zielonych pufach i popijali gorące napoje. Znacząco nieliczna części personelu zajmowała małe, okrągłe stoliczki, na których umieszczone były laptopy, i wystukiwała rytmicznie na klawiaturach jakieś polecenia. Jednak, mimo że pracowali, na ich twarzach wciąż widniały uśmiechy.

Do takiej właśnie wizji korporacji dążył Łukasz i jak na razie udawało mu się to znakomicie. To właśnie dzięki takiemu działaniu najlepiej wykształcona kadra młodych ludzi starała się dostać u niego posadę, a zyski firmy wciąż pięły się ku górze o czym świadczył wykres umieszczony na ścianie. Krzywa giełdy wciąż rosła.
Młody następca firmy pożegnał się ze wszystkimi, po czym wolnym krokiem opuścił budynek. Gdy tylko wyszedł na zewnątrz zatęchłe powietrze niemal zwaliło go z nóg. Ukrył twarz w kołnierzu płaszcza i ruszył przed siebie narzucając sobie tempo niemal ekspresowe.

Miasto o tej godzinie nie było bezpieczne, a pogoda wcale nie poprawiała tego wrażenia. Ulice były oświetlane przez światło latarni, lecz nie był to dobry blask, a wręcz przecienie, przyprawiał on człowieka o zimne dreszcze. Z każdej możliwej strony, na przypadkowych przechodniów, spozierały czarne cienie jakby chcące wciągnąć niewinną duszę w nieznaną otchłań. Pojedyncze zaułki sprawiały wrażenie zgniłozielonych tuneli, w których nie mogło czaić się nic innego poza śmiercią.

To zdecydowanie nie bylo dobre wrażenie. Łukasz nienawidził miasta, nienawidził uczucia strachu, bezsilności i samotności, które można by nazwać synonimami słowa ‘miasto’. Jedyne czego chciał to jak najszybciej znaleźć się w domu i położyć do wanny z gorącą wodą. Jednak jego zamiary zniweczył dźwięk, który posłyszał z jednej z bocznych uliczek. Cichy odgłos przypominający szloch dziecka; pełen rozpaczy i bólu. Młody mężczyzna zawahał się i zawiesił wzrok na spozierającej na niego ciemności. I już, już miał odejść, gdy ponownie usłyszał ten sam głos, niemalże wołający o pomoc.

Wiedział czym grozi łażenie po obcych uliczkach o tej godzinie, ale zdawał sobie sprawę, że być może ktoś właśnie wtedy cierpiał i potrzebował kogoś kto byłby w stanie mu pomóc. Jeśli Łukasz wtedy by odszedł być może ta osoba nigdy już nie zobaczyłaby słońca. Dlatego też zdeterminowany, szybkim krokiem przemierzył ciemny zaułek niespokojnie rozglądając się na boki aż jego wzrok padł na małą, skuloną postać opartą o ścianę jednego z budynków. Bardzo po woli i ostrożnie podszedł do niej i przyklęknął, wciąż zachowując bezpieczną odległość.

- Cześć – odezwał się cicho, aby nie spłoszyć i nie wystraczyć postaci. Po krótkiej chwili, która zdawała się trwać wieczność poszkodowany uniósł twarz ku górze. To co zobaczył wtedy Łukasz całkowicie zahwiało jego przestrzeń. Spoglądała na niego twarz młodego chłopca, który mógł mieć co najwyżej siedemnaście lat. Był okropnie brudny, ale nawet pod warstwą osadu dało się zobaczyć ogromne, zapłakane, zielone oczy, które niemal hipnotyzowały. Dodatkowo zarówno z jego rozciętego policzka jak i wargi spływała strużka krwi. Widać było, że młodzieniec był okropnie przerażony, a jednak, przy tym wciąż nieziemsko piękny.

- Jak się nazywasz? – Po chwili milczenia Łukasz postanowił się odezwać. Nie rozumiał co się dzieje i kto mógł wyrządzić krzywdę tak pięknej, młodej istocie, ale wiedział tylko jedno. Musiał mu pomóc. Za wszelką cenę chciał go ochronić. To uczucie go przerażało, ale nie widział dla siebie drogi odwrotu.

- Nie wiem... – Spomiędzy popękanych, różowych warg wydobył się cichy, drżący, niemal dziewczęcy głos.

- Gdzie mieszkasz? – Mężczyzna nie poddawał się i starał dowiedzieć się czegokolwiek o poranionym, ten jednak znów odpowiedział mu:
- Nie wiem...

Łukasz pokiwał głową jakby ze zrezygnowaniem, po czym podniósł się i stanął wyprostowany. Wcyiągnął dłoń do młodzieńca i postarał się lekko uśmiechnąć.

- Zaopiekuję się tobą.